Translate

czwartek, 13 listopada 2014

NAJWIĘKSZY TAMBOREK ? KTOŚ PRZYGARNIE ŚRODEK?


Witajcie!

Cóż to jest dziś u mnie. 
Sama nie wiem , kiedyś próbowałam swoich sił w takiej technice podobnej do patchworka . Wówczas powstała taka oto dekoracja.



Dziś chciałam ją przerobić na okrągłą podusię w sam raz na zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Gwiazdka pięknie się komponuje na samym środku i po bokach materiał łączka bordo doskonale dopełnia całość. Wielkość tej dekoracji to ok 40 cm.



Pomyślałam jednak , że poduch mam już tyle , że mogłabym przyjmować dzieci przedszkolne na leżakowanie w wolnych chwilach.



Tak więc , jeśli ktoś ma ochotę przygarnąć gotowy już środek i zrobi coś z tego to zapraszam. Oczywiście kto pierwszy , ten lepszy. Czekam na wpis w komentarzach , a potem adres do wysyłki na mojej poczcie wp.



W tytule jest mowa o tamborku. To mój największy 38 cm tamborek. Którego oczywiście nie pozbędę się nigdy. Rzadko na nim coś robię , ale mam go w kolekcji. Pochodzi z tego samego źródła , co motowidło , które pokazałam w poprzednim poście. Tak więc to też antyk.
Zapraszam zatem, do zabawy , kto ma większy okrągły tamborek , niech do mnie pisze i go pokazuje , ciekawe do jakich rozmiarów dojdziemy....

Joanna


sobota, 8 listopada 2014

KOŁOWIEC NA DRUTACH DLA NIEWTAJEMNICZONYCH



Witajcie. 
Zapewne wiecie , że do drutów nigdy nie miałam jakoś weny. Niby od dziecka umiałam , dzięki babci , robić prawe i lewe oczka , nawet popełniłam kilka szalików. Duży problem sprawiało mi pojęcie ażurów i fikuśnych oczek. Niby umiałam wszystko zrobić , ale nie rozumiałam ogólnie tematu. Czasem udało mi się cosik wydziergać z wielkim trudem i uwagą. Potrzebowałam na to bardzo dużo czasu i spokoju. Za to z szydełkiem byłam do bólu za pan brat. Uwielbiam helkować ( tak u mnie w domu się to nazywało ). Szydełkowe robótki nie mają przede mną tajemnic. Poczynałam zatem sobie z bawełnianymi zazdroskami i innymi drobnymi rzeczami. To mnie cieszyło. Potem przyszedł moment na wydzierganie szydełkowego , ażurowego kołowca. Możecie zobaczyć go tu:


Podołałam  tej wielkiej pracy i zapewne powtórzę ją jeszcze raz.
Wracając jednak do tematu muszę przyznać , że podjęłam wyzwanie. I choć już wszyscy w sieci porobili sobie takie sweterki , to ja dopiero teraz zaczynam. A wszystko za sprawą mojej super koleżanki ANI. To ona zrobiła kołowiec z włóczki , którą jej podarowałam ( kupionej w kramowisku - o którym pisałam w poprzednim poście ). Opowiadała mi dużo o samej technice , o przyjemności z samego dziergania , o cierpliwości i o swoim zacięciu do drutów. I tak mnie tym zaraziła , że postanowiłam spróbować.

W sklepie internetowym magicloop kupiłam 3 motki :


Na razie tylko tyle , gdyż nie wiem ile będzie mi potrzebne.


Potem wyciągnęłam moje motowidło i puściłam je w ruch.


Zobaczcie jak fajnie to działa. Mam nadzieję , że moje reżyserskie pierwsze kroki przypadną wam do gustu. Tak podoba mi się ten stary sprzęt , że zapragnęłam pokazać wszystkim jak wspaniale ułatwia on pracę , a jest bardzo wiekowy i skrzypi tak przyjemnie. Czasem korzystała z niego nawet Maja 71 z bloga TYMCZASEM , jak znajdę taki drugi to jej podaruję . Mam wobec niej wielki dług wdzięczności. To ona dała mi namiary na wspaniałe włóczki , nauczyła mnie używać drutów na żyłce , robić na nich w kółko , dała mi wiele porad jak zrobić skarpetki i inne cuda. Niestety wówczas porobiłam trochę i palnęłam w kąt z braku cierpliwości te druty. A dlaczego? No cóż , nie umiałam zliczać oczek , wciąż wszystko mi się mieszało i prułam , prułam i prułam godzinami. Praca nie narastała i to mnie złościło , mówiąc delikatnie.


Dopiero Ania odkryła przede mną wielką wartość znaczników. O kurcze! Całe dzierganie weszło w nowy wymiar. Widziałam nie raz u Maji kolorowe kółeczka , gdzie zaznaczała sobie różne etapy robótki , ale jakoś nigdy jej o to nie pytałam , więc i nie dziwota , że nigdy się na ten temat nic nie dowiedziałam . Kiedy Ania opowiedziała mi o swoich znacznikach , to też na początku podeszłam do tego z rezerwą , wyobrażałam sobie , że to bardzo trudna rzecz takie zaznaczanie , że trzeba gdzieś plątać te nitki ,  o jak bardzo się myliłam. Tyle życia zmarnowałam w niewiedzy ......
A wszystko zyskało nowe światło dzięki kołowcowi znalezionemu na blogu :


Dorotko , bardzo ci dziękuję za ten projekt i kursik. Dzięki temu zachęciłaś mnie do drutowania.

Niestety blog Doroty jest dedykowany bardziej wprawnym osobą niż ja. Co dla niej jest oczywiste , to dla mnie czarna magia. Z tego powodu powstał ten post. Może on dopomoże choć jednej osobie o podobnych umiejętnościach co moje zrobić kołowca na drutach. Mam nadzieję , że Dorota nie będzie miała nic przeciwko , bym pokazała z czym miałam największe problemy.

Po pierwsze bez znaczników ani rusz. Moja mentorka Ania podarowała mi ich 8 i przykazała  używać. Nasze znaczniki to zwykłe małe pętelki z innego koloru włóczki. Można kupić  gotowe , ale my zaczęłyśmy od takich.
Tak więc zrobiłam 8 znaczników zielonych i jeden w kolorze robótki do zaznaczenia końca okrążenia.



Nabrałam  na dwa krótkie druty 8 oczek , jak pisała Dorota , i po każdym oczku umieściłam znacznik ( razem 8 ) , a na końcu rzędu dodałam jeszcze jeden , by wyznaczał koniec okrążenia. Tak powstał 1 rząd.


W 2 rzędzie przerobiłam wszystko na prawo . Ania podpowiedziała mi jak przerabiać oczka prawe , by sweterek był ładniejszy i by oczka pięknie się układały , co pokazuje filmik . ( Drut wkładamy w oczko od strony lewej z przodu robótki , a nitkę pobieramy od dołu.)


W 3 rzędzie zaczęłam dodawać oczka ( 8 oczek w każdym nieparzystym okrążeniu ) według opisu Doroty. Po każdym zielonym znaczniku nabrałam narzut , a resztę przerabiałam na prawo. Dowiedziałam się też , że robiąc w kółko zawsze jesteśmy na prawej stronie robótki i w tym przypadku robimy zawsze prawe oczka . Odmiennie niż w prostym  szaliku. Tak powstało 16 oczek.

W 4 rzędzie moje 16 oczek przerobiłam na prawo oczywiście. Następnie zmieniłam skarpetkowe , krótkie druty nr 4 na druty z żyłką Addi nr 6 dł 80 cm. ( Maja poleciła mi tą firmę , gdyż druty mają bardzo giętka żyłkę , co daje wiele możliwości technicznych )

W 5 rzędzie znów po każdym zielonym znaczniku nabrałam 8 narzutów. Tak powstały 24 oczka i tak to wyglądało .


Następnie dziergałam według tego schematu aż do rzędu , gdzie między znacznikami miałam przerobione 25 oczek . Czyli na drucie było 8 tzw raportów każdy po 25 oczek , oddzielonych miejscami , gdzie dodawałam oczka.



Wówczas według tego co napisała Dorota , nie przerabiałam 2 raportu , tylko zrzuciłam całe 25 oczek na krótkie druty z żyłką , tak samo postąpiłam z 7 raportem. Znów przerabiałam kolejny rząd z tym że w miejscu 2 i 7 raportu nabrałam oczka na druty , na których robiłam cały kołowiec i przerabiałam dalej według zaleceń Doroty. Tak powstały dwa otwory w kołowcu z których wyłonią się rękawy, ale do tego czasu jeszcze sporo upłynie wody w Wiśle.



Na razie jestem na etapie robienia wielkich okrążeń , czego nie mogę pokazać ze względu na ograniczenia żyłkowe drutów. Zużyłam 2 całe motki malabrigo , a długość promienia to u mnie 44cm. Z tego co wyczytałam u Doroty i z doświadczeń Ani się dowiedziałam , by sweter nie był jak po młodszej siostrze , muszę zrobić promień ok. 50 cm , czyli jeszcze jakieś 5cm. Potem przyjdzie czas na plisę , a na końcu na rękawy. Wszystko wam dokładnie opiszę .

Tak sobie tylko myślę , czy może pokombinowałabym troszkę i plisę zrobiłabym nie ściegiem francuskim , jak pisze Dorota , tylko koronką na szydełku. Już nie raz używałam tego triku i zawsze było przepięknie. Już sobie w myślach maluję ... koronka na całym okręgu sweterka i przy rękawkach......

Ten post to tylko uzupełnienie wiedzy Doroty o kołowcu dla laików , powstał z moich doświadczeń podczas nieukończonej jeszcze pracy nad tym projektem. Wszystkie ważne informacje na temat jak i z czego zrobić kołowca znajdziecie u Doroty.


Joanna





czwartek, 6 listopada 2014

NAJLEPSZE KRAMOWISKO W POLSCE


Witajcie!

Wreszcie się zmobilizowałam i zasiadłam do komputera , by napisać co obecnie dzieje się w moim świecie. Czasu jak zwykle brak permanentny. Dni przeplatają się raz w pociągu , raz w domu , to na PN to na PD Polski. Moje robótki hafciarskie leżą odłogiem. Za to złamałam swoją zasadę " jedna robótka , a do końca " i zabrałam się za dzierganie kołowca. Jakoś drutowa robótka super sprawdza się w podróżach koleją , nie to co haft na lnie. Materiał zbyt drobny , pociąg mknie po wartepach i nici z szycia. 

O kołowcu napiszę jednak w innym terminie , gdyż już tak wiele zostało w sieci na ten temat opublikowane , że nie będę zanudzać.


Dziś opowiem wam o najlepszym moim kramowisku CARITAS niedaleko mojej miejscowości. Idea tego miejsca powstała już kilka lat temu , kiedy to darczyńcy z za  granicy zorganizowali akcję przekazywania rzeczy niepotrzebnych do nas do Polski. Rzeczy używane , zawsze w bardzo dobrym stanie i sprawne , a nie potrzebne już w domach - takie było i jest motto tej akcji. Z biegiem lat przybywało chętnych do ofiarowania , a magazyn też się znacznie powiększył i wyniósł na obrzeża miasta. Otrzymał też nazwę KRAMOWISKO CARITAS. Asortyment jest ogromny. Można tam kupić wszystko czego człowiek zapragnie. Sprzęt AGD , meble , lampy , naczynia , akcesoria łazienkowe i dekoracyjne , pościele , buty , zabawki , sprzęt sportowy , ubrania , i co najciekawsze dla mnie materiały , włóczki , druty , szydełka i resztę ciekawych pasmanteryjnych dodatków.
Ceny nie są wygórowane , a cel szczytny. Dochody ze sprzedaży trafiają do potrzebujących rodzin z mojego regionu. Z nich finansowane są różne społeczne akcje. I ja temu kibicuję i często tam kupuję , a co zobaczcie ....

Na fotce u góry piękny stareńki francuski słój z korkowym wieczkiem , którym umieściłam maleńkie drewniane szpulki z nićmi w różnych kolorach tęczy. Cena 3 zł.



Masę tych szpulek znalazłam właśnie wczoraj w Kramowisku. Każda sztuka po 2 zł , ale za 15 zł ,, skradłam " cały worek. Och jaka byłam szczęśliwa. Po przeliczeniu na spokojnie w domu okazało się , że było ich ok 30. Tak więc reszta znalazła się na fotce u dołu.


A na pierwszym zdjęciu w dzisiejszym poście pokazałam wam moją zdobyczną mini szpuleczkę , która jest wielkości spinacza biurowego z piękną bawełnianą , błękitną nitką. Szpulki , jak się doczytałam na papierkach pochodzą ze Skandynawii.


 Tak samo jak prześliczna lawendowa wełenka , nieco jaśniejsza niż na zdjęciach , całe 8 motków. Jeszcze nie wiem co z nią zrobię , czas pokaże. Wełna zawsze się przyda i choć wytrawną DRUTFANKĄ nie jestem , to zawsze mogę się nią stać. Koszt motka to 2 zł , myślę , że to też super zakup.


Kolejny zakup - pókowieszak ,, z zapytaniem po co mi to " musiałam mieć i już za całą dyszkę. Na razie w stanie surowym , ale poddam go obróbce i na pewno coś z tego wyczaruję , tylko , gdzie to powieszę , jeszcze nie wiem.


Obowiązkowo śnieżnobiała , bawełniana narzuta na wielkie łoże. Też się przyda , by coś ukryć , upiększyć , zmienić kolor na biały. Znów super cena 12 zł.

Tak więc za całe 56 zł tyle wspaniałych , nikomu nie potrzebnych rzeczy zakupiłam i wspomogłam akcję. Dobrze , że tylko taki jeden kram jest w okolicy , bo bym mogła tego nie wytrzymać..... nerwowo. A dlaczego tak piszę , otóż nie ma godzin przyjęcia towaru. Stale jest rozkładany w miarę jak powstaje miejsce. Tak więc obracasz się i patrzysz , a tu gdzie przed chwilą nic nie było ,  leży cały worek włóczek. I jak mam wracać do domu.....

Całusy dla was.
Joanna

Może w innych rejonach Polski też są takie magazyny , dzwońcie zatem do swoich organizacji Caritas i wypytujcie.


środa, 8 października 2014

NOVA by GENNY MORROW reaktywacja


Witajcie!

U mnie znów bardzo , ale to bardzo pracowicie. Nie dość , że pocę się nad samplerem na lnie w kolorach różu , to jeszcze zabrałam się po wakacyjnej przerwie za moją NOV'ą. Projektantką tego mega wielkiego Samplera jest Genny Morrow. Więcej o tym projekcie pisałam tu : http://mglistysen.blogspot.com/2014/04/nova-by-genny-morrow.html


Na dzień wczorajszy pokonałam 13 pierwszych rzędów. Każdy składa się z 18 kwadratów każdy po 144 krateczki. Jest co robić. Do końca jeszcze 9 rzędów. Dłubię sobie więc dzień po dniu , po troszeczku. Byle do celu. Kiedy zaczynałam pod koniec marca , zrobiłam sobie takie oto założenie. Wyszywam 4 kratki dziennie , codziennie. W ten sposób miałam dotrzeć do końca pracy równo do wakacji. Na początku musiałam się dużo spinać , gdyż w drugim rzędzie pomyliłam ilość kratek o 1 i kolops , prułam 15 kwadratów. Ale dawałam sobie radę z bieżącą pracą i nadrabianiem zaległych dni. Zupełnie jak w pracy na akord. Potem nawet byłam sporo elementów do przodu , myśląc o zbliżającym się wypadzie majówkowym. Zapału miałam bardzo dużo i nic a nic mnie nie męczyła ta wyszywajka.


Aż tu pech nastąpił w końcu maja. Taka byłam zła na siebie , że aż nie chce mi się wspominać. Niefortunnie przycięłam sobie wskazujący palec i to w tak głupi sposób. Sama trzasnęłam z całym impetem drzwiami zapominając cofnąć rękę i dorobiłam się takiej rany w zgięciu , że przez trzy tygodnie nie było mowy o jakimkolwiek haftowaniu. Dopiero rada mojej córki pomogła. Palec trzeba było usztywnić za pomocą ołówka i plastrów , by rana nie zginała się i nie pękała zaleczona skóra. Teraz mam wielką bliznę , ale co tam . Najważniejsze , że mogę już w pełni operować palcem.


Tak to było z moimi planami. Na wakacje nie zabierałam NOV'ej , z powodu na jej wielkogabarytowości i na cały ten potrzebny majdan. We wrześniu nie miałam do tego głowy , bo szykowałam ,, ptaszka do odlotu" i szyłam patchwork. A teraz wreszcie mam kilka chwil dziennie by wrócić do tego projektu.


Staram się bardzo , tak gospodarować moim czasem , by znów robić po 4 kwadraty dziennie , może czasem więcej , jak się uda. To nie jest wielka sprawa. Obliczyłam sobie , że średnio jeden kwadrat robię ok 1/2 h. Więc wynik jest prosty wygospodarować 2 h na dobę i jakoś będzie.


A że mam teraz wolne miejsce przy biurku , to nie składam pracy , tylko robię w ciągu dnia , w wolnych chwilach moje 4 place. Mam nadzieję , że nic się nie wydarzy niepożądanego i będzie mi dane dotrwanie do końca pracy przed grudniem. A dlaczego taka data? Chciałabym jeszcze coś zrobić na święta , coś klimatycznego i nie koniecznie wielkiego.

Pozdrawiam wszystkich cieplutko.
Joanna


piątek, 3 października 2014

POCHOPNE OCENY



Witajcie!

Małe przypomnienie z mojej strony. Mój blog nie służy do pochopnych ocen kogokolwiek. To nie miłe , gdy inni oceniają poczynania ludzi z pasją. Piszę tego posta dla wszystkich tych , którzy ocenili moją pracę w poprzednim poście. Piszę go szczególnie dla Ani - Monalisa , która podarowała mi jakiś czas temu śliczny haft z moim monogramem i jeszcze kilka innych rzeczy. Myślałam sobie , że skoro korespondujemy ze sobą , wymieniamy się różnymi materiałami i innymi przyjemnościami , to mamy do siebie zaufanie i nasze prezenty są tylko dla nas. No cóż Ania poczuła się dotknięta tym , że wyszyłam dla innej osóbki taki sam haft , jaki otrzymałam od niej. I napisała mi tak:

Bardzo ladna poduszka... Haft tez ladny, pamietam jak go wyszywalam specjalnie dla Ciebie w podziekowaniu za przeslany mi len... Przykro mi sie wczoraj zrobilo jak zobaczylam ten post...

Aniu!
Zapewniam cię , że haft , który dostałam od ciebie dekoruje moją pracownię , co widać na załączonych fotkach. Może powinnam napisać , że wzór monogramu powieliłąm z twojego haftu. Moja wina. Nie powinnaś się smucić z tego powodu , tylko bardzo cieszyć , gdyż wzór jest prześliczny , tak samo jak prezent od ciebie. Jeśli nie chciałaś bym wyszyła ten wzór komuś innemu , wystarczyło mi o tym napisać.

Do tego wszystkiego Marina dodała coś od siebie i całkiem niepotrzebnie ;

Nie będę oceniać pozbycia się prezentu od jednej osoby nawet w tak wyrafinowany sposób jak podarowanie go innej, ale zwykła uczciwość nakazuje wspomnieć kto jest autorem tego uroczego haftu, który jest największą ozdobą Twojej poduszki! Wierzę, że zrobiłaś tego przez nieuwagę a nie specjalnie. Pozdrawiam


Moja droga!
Widzę , że wiesz więcej niż ja na temat tego prezentu. Przykro mi , że tak oceniasz moją radosną twórczość . Wyobraź sobie , że też nieźle wyszywam i potrafię innej osobie wyhaftować taki monogram. Wspomnę zatem , jak piszesz uczciwie , że autorem haftu na poduszce dla JUSTINE jestem Ja. Wzór zaczerpnęłam z haftu Monalisy. Szkoda mi tylko , że tak pochopnie mnie oceniłaś i zrobiłaś mi wielką przykrość , nie znając żadnych faktów.

Chciałabym , by nasze blogi nie były po to by myśleć o ludziach tak bardzo negatywnie , tylko , by sprawiały radość .

Po  komentarzu od Mariny aż nie chce mi się nic dalej pisać...... opanował mnie smutek.

Joanna


środa, 24 września 2014

PODUSZKA DLA JUSTINE


Witajcie!
Już trochę minął mi szał po mistrzostwach świata w piłkę siatkową i musiałam zająć się szyciem. Wszystko z powodu mojego serca. Byłoby na pewno złamane na jakiś czas , gdybym , tak jak obiecałam , oddała jedną z moich poduszek . Taki spontaniczny konkursik sobie wymysliłam , a nagrodą miała być jedna z moich poduch. Tak nie będzie. Z żadną nie mogę się rozstać. Co tu czynić?  Szyć oczywiście szyć nową dla Justine.



Tak też się stało. Najpierw pilnie prześledziłam bloga Justine , by zobaczyć , co lubi , co by jej się najbardziej podobało. Potem puściłam wodze fantazji.


Wymyśliłam taki oto wałeczek puszysty. Bardzo mięciutki i delikatny. Oczywiście wszystkie materiały to zbieranina. Wyszło trochę w stylu ozdób scrap i tak też miało być. Troszkę haftu XXX , anioł z monogramem. Wzór ponadczasowy . Gwiazdkę na nim znajdiecie i króliczka.



Szczyty wałka to dwa różne materiały z jednej kolekcji , kwiatuszkowy i szlaczkowy. Prosto z Włoch je przywiozłam i teraz w sam raz tu pasują. Do tego wstaweczka lniana z bawełnianą różaną wstążką,
a w środku wypełnienie z puszystego poliestru. Można śmiało prać w pralce.
Mam nadzieję , że spodoba się nowej właścicielce.

Miłego dnia i bez mrozów. Nigdy bym nie przypuszczała , że na termometrze zobaczę rano 0 stopni i to we wrześniu. Może czas już szykować sprzęt narciarski?

Joanna


poniedziałek, 22 września 2014

Volleyball World Championship 2014


Dziękujemy!!!


                                                                      Dziękujemy!!!



Dziękujemy!!!


Dziękujemy!!!


Dziękujemy!!!


Dziękujemy!!!


wtorek, 16 września 2014

JESIENNE ODLOTY



Witajcie!

Powracam znów na blogowe przestrzenie. Jakoś tak powakacyjnie i w zamyśleniu , w momencie  wielkiego przemeblowania mego życia. Moja córka szykuje się do odlotu w wielki studencki świat. W dorosłe życie , bez opieki mamy i taty. Teraz będzie zdana na nowe doświadczenia , będzie odpowiedzialna za swoje życiowe decyzje. Zawsze jednak pozostanie moją małą córeczką . Będę ją wspierać jak tylko potrafię. Nie czuję jednak żalu , czy smutku , gorąco ją dopinguję , by spełniała swoje marzenia i plany. Nie czuję sundromu opuszczonego gniazda , tylko rzeczywistość wkoło mnie się zmienia. Mam w głowie tyle pomysłów i tyle projektów , że samotność mnie nie dopadnie , nie zdąży , nie dogoni mnie nigdy!


Wymyśliłam sobie już dawno , że kiedy moje dziecko opuści dom , to miło mu będzie , gdy dostanie ode mnie coś , co będzie jej przypominać o rodzinie , o tych wspólnych chwilach spędzanych razem. Wzięłam się zatem ostro do szycia , by powstał różany patchwork. Czasu jak zwykle nie miałam dużo , ale za to masę zgromadzonych szmat. Celowo piszę o ty w ten sposób , gdyż wiele osób , kiedy widzi co robię pewnie puka się w czoło. Szmaty kupuję z drugiej ręki. Tak lubię najbardziej. Wyszukuję stare poszewki i powłoczki we wzory , które wpadną mi w oko. Moja zasada to szukaj kolorowej , delikatnej łączki , a zrobisz z tego cudną rzecz.


Tak też było w tym przypadku. Wiem , że wiele osób nigdy , przenigdy , nie wchodzi do tych sklepów , nie wyobraża sobie ubrać coś po kimś i w dodatku nieznanym. Ja jednak postawiłam na ten rodzaj zakupów patchworkowych postawić , jak na czarnego konia. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Takich kolorów próżno ze świecą szukać. Można pokusić się o kupowanie tzw. tłustych ćwiartek bawełny jak to jest modne w blogowym świecie. Wówczas cena jest ogromna i bawełna sztywna. Kupując tak jak ja to robię , mam 1000% pewności , że mój patchwork będzie niepowtarzalny , jedyny taki na świecie , indywidualnie dopasowany do mojego gustu , a przede wszystkim mięciutki i delikatny jak nic innego. Bo przecież uprane materiały po 100 razy , jeśli nie stracą koloru , są idealne do tego typu kołedrek.


Za to zabawy z krojeniem jest więcej , trzeba czasem wybrać najwłaściwsze miejsca , nie wytarte , nie uszkodzone , nie poplamione. Trzeba sprawdzić dokładnie , czy materiał wytrzyma jeszcze drugie wcielenie , by się nie rwał jak papierowa serwetka. Reszta to super zabawa.

Na moją kołedrkę potrzebowałąm 6 różnych tkanin. Wycięłam z nich po 10 kwadratów o wymiarach 21 cm. Następnie zszywałam je razem układając identyczną formułę kolorystyczną , najpierw tworzyłam pasy po 6 kwadratów . Kolory tkanin zaznaczyłam numerami 1, 2 , 3... 6. 1 pasek to materiały od 1-6 , 2 pasek to materiały 2 , 3 , 4 , 5 , 6 , 1 , 3 pasek to materiały 3 , 4 , 5 , 6 , 1 , 2 , i tak dalej przez całe 10 pasów. Kiedy powatawał pierwszy pas nazwałam go literą A , 2-B , 3-C i tak do J. Kiedy pasy były już gotowe zszywałam je wzdłuż według liter , najpierw AiB , potem AB i C , ABC i D i tak dalej aż do końca.
Po co ta cała zabawa zapytacie. To dziwne , zawiłe zszywanie , pozwoliło uniknąć mi takiego układu tkanin , by się  nie stykały.



Kiedy miałam już pozszywane wszystkie części , przyszedł czas na mięciutką ocieplinę i warstwę spodnią ( w kolorze bieli oczywiście ). Napracowałam się , by wszystkie trzy warstwy przyfastrygować ręcznie , popularna nazw tej czynności to kanapkowanie. I ruszyłam do zszywania całości. Zaczęłam od skośnych środkowych ściegów i mozolnie szyłam  raz w lewą , a raz w prawą stronę zbliżając się sukcesywnie do brzegów kołderki. Tak udało mi się wszystko połączyć i odetchnąć.

Zawsze szyłam w kuchni , na stole. Rozstawiałam sobie wszystkie przybory i tkaniny i za każdym razem , gdy moja rodzina chciała jeść musiałam wszystko składać , co pochłaniało sporo czasu. Teraz w mojej pracowni mam wielki stary stół z graciarni i problem zniknął sam. Kiedy miałam czas szyłam sobie , wszystko miałam porozkładane i w każdej chwili mogłam przerwać , by dalej żyć w świecie codziennym , a nie patchworkowym. Zaoszczędziłam sporo czasu i jestem taka szczęśliwa , że mam niekolizyjne miejsce do szycia ( życia ).

Kiedy patchworkowa kołderka była pozszywana pozostało mi jedynie zająć się brzegami . Potrzebowałam 10 cm paska w kolorze różu o długości ok 7 m. Sporo tego wyszło , bo kołderka ma wymiary 200X120 cm. Wybrałam taki wymiar , bo super nadaje się zarówno do przykrycia podczas czytania księżki na fotelu , do krótkiego spania i do przykrycia łóżka , oraz dekoracji studenckiego mini pokoiku. Skończyłam przed czasem i odetchnęłam z ulgą. Zdążyłam ! Córce jeszcze nie pokazywałam i mam nadzieję , że nie zagląda regularnie na mojego bloga , bo to ma być niespodzianka. Tak więc nic jej nie mówcie !


To był powód mojej nieobecności w blogowym świecie. Winna jestem przecież rozwiązania spontanicznej zagadki . Pytałam w poprzednim poście ile uszytych przeze mnie poduszek pokazałam w Mglistym Śnie. No cóż muszę policzyć .....i minęło 1/2 h . Wyszło mi dokładnie 23 tak jak napisała

                                JUSTINE

I to ona otrzyma ode mnie śliczniusię podusię , a w zasadzie poszewkę , bo po co wysyłać puch w paczce. Zobaczę tylko w jakich wzorach może Justine gustować i coś wybiorę . GRATULACJE.
Jeśli strzelałaś , to masz w życiu farta dziewczyno , a jeśli policzyłaś na piechotę to wiem co to znaczy , bo sama właśnie to zrobiłam ufffff ! Czekam na maila z adresem od ciebie.


Całusy  Joanna