Translate

piątek, 21 czerwca 2013

PIERWSZY ASTRONOMICZNY DZIEŃ LATA


Witajcie w pierwszy dzień lata. Tak to już się zdarzyło o 7 rano. Trąbią o tym we wszystkich mediach i ja dołączam się do tego chórku. Odcięta od kompa , wpadłam tylko na chwilkę dzięki uprzejmości pewnej osoby , by pokazać wam , jak piękne są zachody słońca nad Bałtykiem i pochwalić się moim koszyczkiem , który w nocy , w wielkim pośpiechu powstał.


Potrzebowałam , go jak roślina wody. Na początku przeszukałam cały internet , by zakupić koszyczek w stylu vintage do mojej damki. Niestety nic mi nie pasowało. A to nie taki kolor , nie taki rozmiar i kształt , cena odstraszała. Już całkiem zrezygnowana odpuściłam sobie to kupowanie na ostatnią chwilę i nagle zaświeciła się lampka w mojej głowie. Przecież mam pod umywalką w kuchni wiklinowy koszyk.


Poleciałam jak na skrzydłach do kuchni i oto znalazłam moje szczęście chwilowe. Koszyk był oczywiście doskonały , ale co ze  środkiem. Przecież środek to najważniejszy element na moim jednośladzie. Nie zastanawiałam się ani chwili , zaraz wynalazłam starą zasłonę w kolorze ecru we wzór latte różyczek. Całe szczęście , że u dołu była już naszyta falbanka.


Rozprułam zatem stary zniszczony wkład koszykowy , który posłużył mi za modełko. Odrysowałam je na zasłonach , wycięłam i zszyłam , wszystko w wielkim pośpiechu i o dziwo pasuje idealnie. Miałam więcej szczęścia , niż rozumu , i spontan się opłacił.


Rano koszyk umieściłam na bagażniku mojego środka transportu i pojechałam na pierwszą letnią wycieczkę , która trwała , trwała , aż do zachodu słońca.


A zdjęcie u dołu  dowodzi jak pięknie jest w naszym kraju. Z tego właśnie powodu nie ruszam się latem za granicę , nigdzie. Kocham tu gdzie jestem i nie wiem jak długo to potrwa. Mam nadzieję , że już na zawsze.

Joanna


czwartek, 13 czerwca 2013

ZAKWITŁA LAWENDA


Witajcie w tak piękny i słoneczny dzień.
Dla wszystkich tych , którzy kochają zapach lawendy uprzejmie donoszę , że u mnie w ogrodzie zakwitła pierwsza gałązka. Zajrzyjcie zatem do swoich sadzonek , może już nadszedł czas pięknych zapachów również w waszych ogrodach , na balkonach i parapetach.


Może to jakiś figiel florystyczny , bo jest tylko jedyny samotny kwiatek , a może to jeszcze zeszłoroczny pęd postanowił zakwitnąć. Taka jestem z tego powodu radosna. Przyznacie pewnie , że to bardzo , bardzo wcześnie. Przeważnie zbiory u mnie na PN zaczynają się w połowie lipca , a tu taka niespodzianka. Na razie nie obcinam kwiatuszka , niech sobie pachnie , ale zanim przekwitnie na pewno go pozyskam w drodze cięcia. Reszta z moich krzaczków doznała radykalnego wiosennego cięcia i pomimo pozostawienia przeze mnie tylko 5 cm pędów , będzie w tym roku prawdziwy lawendowy gaj.


Jakoś tak zła byłam w poprzednim sezonie , bo udało zebrać mi się mało kwiatów , jak na 29 krzaczków i postanowiłam zaryzykować ostre obcinanie , prawie do zera. Opłaciło się , a może to zasługa długiej , śnieżnej , ale w sumie lekkiej zimy. Sama nie wiem. Odmłodzenie pomogło. W przyszłym roku to sprawdzę. Na razie lawenda na tysiące pąkówek i już z niecierpliwością czekam na kwitnienie.


A pośród lawendy sesja mojego samplera na lnie , który rośnie po malutku. Wszystko za sprawą braku czasu. Jest tyle zajęć w moim domku i ogrodzie , że troszkę się nie ogarniam czasowo i wydolnościowo. Udało mi się wyhaftować kolejne litery . Mam już H , I , L , K , M, N , O , P , J , Q , V , U , R , W , X , Y , Z , S , T  i kończę O. Tak więc krok po kroku zbliżam się do końca alfabetu , ale to jeszcze nie wszystko w temacie wyszywania. Co będzie na finiszu to moja niespodziana. Prześliczna i delikatna. Oczywiście jak skończę to zaraz się pochwalę całością.


Czy ja już do końca życia będę ślęczała nad lnianymi samplerami , chyba tak , bo jeszcze nie skończyłam tego , a już mam ucięty materiał na następny , który mam zamiar wyszyć na wakacjach.
Zasadnicze pytanie PO CO MI TO WSZYSTKO?????  Może ktoś zna odpowiedź?

Joanna

piątek, 7 czerwca 2013

PATCHWORK RÓŻANY


Witajcie!
Znów u mnie będzie różowo i patchworkowo. Chcę tym postem zachęcić wszystkie osoby , które jeszcze się wahają , by podjęły próbę samodzielnego uszycia patchworku. Zasypałyście mnie mailami i komentarzami i w wielu wyczytałam , że wiele z was obawia się zrobić ten pierwszy krok w krainę patchworku , nie jest to taka trudna sztuka . Przecież nie trzeba zaraz szyć kołderki 2x2 m , można pokusić się o poduszeczkę. Wcale też nie trzeba mieć dużo różnych tkanin , wystarczą 3. Muszą oczywiście za sobą idealnie współgrać. Tak zrobiłam tym razem , by wszystkim pokazać jakie to łatwe. Jest tu oczywiście kilka udziwnień , ale i bez nich patchworkowa podusia wygląda ślicznie.


Zacznę zatem od końca , czyli od moich fanaberii , których nie trzeba stosować. Zrobiłam je tylko dla wprawy , bo za każdym razem warto nauczyć się czegoś innego , by posiąść ogrom wiedzy , nie tylko w szyciu , ale i w życiu. Jak widać na fotce , moja poduszka posiada prostą wypustkę po bokach , która została uszyta , by poszewka idealnie pasowała do poduszki i stanowiła formę niezmarszczonej falbanki , takie dekoracyjne wykończenie. Robi się je super prosto. Wystarczy maszynowo obdziergać prostym ściegiem gotową poszewkę , pamiętając jednak o tym żeby zamek od tylnej strony był odpowiednio wszyty ( znaczy z pasującym dystansem ). To cała filozofia falbany prostej.


Druga fanaberia to rogi. Oczywiście nie muszą być zaokrąglone , jeśli to dla was zbyt trudne , lub boicie się coś zepsuć , można oczywiście zrobić klasyczne kanciaste , to też nie zmienia dużo w końcowym efekcie , a będzie łatwiej.


Na koniec trzecia fanaberia. Miałam tylko dwa materiały ze starej dziecięcej poszewki , tj. większe różyczki z przodu i maleńkie tildowe z tyłu. Do tego podpasowałam biało różową krateczkę i na tym koniec. Tak więc z trzech materiałów z odzysku musiałam coś sklecić i by nie było  jak ostatnio w kratkę zrobiłam tak : wycięłam duży romb z większymi różami , do tego 4 pasujące trójkąty kwadratowe z łączki różanej , obszyłam to pepitką , a że pozostało mi jeszcze trochę przodu poszewki to dodałam jeszcze ramkę . Tak powstał przedni wzór. Musicie się ze mną zgodzić , że niewiele było tych elementów , za to różne kształty. To była moja fanaberia trzecia. Można przecież wyciąć same kwadraty i też będzie pięknie. Całość wykończyłam cieniutkim paseczkiem pepitkowym , bo tylko na tyle wystarczyło mi tkaniny. Od spodu oczywiście biała bawełna , nic ciekawego , ale czysto i schludnie. Bawełna na spód pochodzi ze starych babcinych poszewek i mam zamiar zużyć cały zapas. Chcę by były przydatne w nowej formie.
Co jeszcze mam wam napisać o tym moim szyciu. No cóż sprawia mi ono wielką przyjemność i chyba o to chodzi. Poza tym wciąż się uczę. Uszyłam sobie ostatnio nawet firany na działeczkę i jestem coraz lepsza w posługiwaniu się igłą mechaniczną. Najważniejsza rzecz to spróbować , najlepiej od czegoś mniejszego , woreczka , poduszki , czy podkładki pod talerz , nie ma na co czekać i się modlić do zgromadzonych materiałów. Działamy , wszystkie działamy i chwalimy się na swoich blogach !!!! Zróbmy sobie patchworkowe królestwo ! Najmilszą ekologiczną rzecz dla ciepełka i lenistwa , czyli podusię!


Jak zwykle służę radą dla wszystkich .
               
          Joanna


wtorek, 21 maja 2013

LAWENDOWE ESPRIT`Y


Witajcie!
Atmosfera troszkę się ochłodziła za oknem i zastanawiam się kiedy powróci gorące lato tej wiosny. Uwielbiam upały i wcale mi nie przeszkadzają , choć nie używam klimy , tylko staram się żyć z rytmem natury. Gdy gorąco na świecie , wstaję skoro świt , zrobię co do mnie należy , potem odpoczynek , jak w Hiszpanii , a wieczorem korzystam z pogody w 100 % do pierwszych deszczy i tak w kółko. Piję dużo wody z miodem ,  cukrem i solą. Może was to zaskoczyć , ale już poznałam zbawienny wpływ tej miksturki na upał i wcale nie przeszkadza mi to dziwaczne połączenie , które zapobiega odwodnieniu organizmu.
Szykuję się też w inny sposób na gorące dni. Właśnie dziś postanowiłam pokazać wam jak utrzymać świeżość i zadbać o buty latem. Pomysł ten zrodził się w mojej głowie już w zeszłym roku , gdy moja córka , która 5 razy w tygodniu trenuje na sali poprosiła mnie o poradę w kwestii obuwia sportowego.
Chciała pozbyć się wilgoci i drobnoustrojów w swoich sportowych butach i to zaraz po treningu. Pomyślałam i  sporządziłam jej skarpetkę z supłem na końcu , a w niej wysuszone kwiaty lawendy. I o dziwo eksperyment zadziałał. Buty przez cały sezon były pachnące i świeże i nie miały tak przykrego zapachu szatni zbiorowej.
Teraz przyszedł czas na mnie , a to za sprawą zakupu nowych butów i to nie byle jakich , choć z bardzo wielkiej przeceny. Buty wykonane się w całości ze skóry i chciałabym by posłużyły mi na lata , bo są bardzo wygodne , a ja przywiązuję się do wygody. Postanowiłam wykorzystać pomysł z lawendą , a kiedy zobaczyłam w ogrodzie , że moje 28 krzaków tej prowansalskiej rośliny zawiązało już tysiące pączków , postanowiłam pozbyć się zeszłorocznych zapasów w ten oto sposób.


Wycięłam z kartki model wkładki buta i odrysowałam go na różowym materiale w kropeczki. Dokładnie sprawdziłam czy będą obie prawa i lewa wkładka. Następnie dodałam malutki hafcik na piętach , a co tam , w końcu uwielbiam takie akcenty i przeszyłam obie wkładki po lewej stronie , pozostawiając otwór na wywinięcie i na nasypanie lawendowego suszu.


Wkładki napełniłam lawendą , ale z umiarem , by się nie wybrzuszyły , by były płaskie i umieściłam je w butach. Próbowałam nawet wcisnąć tam stopę i nawet się udało , ale nie w tym rzecz. Przecież wkładki mają tam spoczywać , gdy buty też odpoczywają po spacerze w upalny dzień.


Podczas tej zabawy taki zapach roztaczał się po całym pomieszczeniu , że przewenytlowałam się do dna płuc i teraz jestem trochę odurzona. Nie przeszkadza mi to jednak , bo kocham ten zapach , a olejek lawendowy jest przecież antyseptyczny , więc inhalacja była przy tym cudowna.


Polecam wszystkim dbającym o buty , by zaopatrzyli się w takie wkładki. Nie widziałam , by można było je kupić , są ze srebrną nitką i innymi cudami , ale wiem dobrze , że coś co jest na pieprz suche wspaniale pochłania wilgoć. Kiedy pływamy w butach dosłownie , jest jeszcze jeden czarodziejski sposób na pozbycie się tego efektu , a mianowicie sól. Gruboziarnista sól wspaniale pochłania wilgoć , a w połączeniu z lawendą , nie pozostawi miejsca na kolonizowanie naszych butów przez mikro świat. Spróbujcie , bo warto!
Joanna

piątek, 17 maja 2013

SERCE UKRYTE W PATCHWORKU


Witajcie!

Moje serce było i jest ukryte w patchworku. Od dzisiaj na zawsze. Co ja do tej pory robiłam , że nie zabierałam się za tak fascynującą technikę ekologiczną. No cóż , bałam  się  tego projektu i zbierałam materiały. Wszystko okazało się jednak nie takie trudne , jak na początku zakładałam. Pomyślałam sobie , że wreszcie nadszedł czas , by uporządkować wszystkie moje szmatki , które kupowałam i zbierałam w różnych napotkanych pewexach. Muszę wam to napisać , koniecznie. Materiały pochodzą wyłącznie ze sklepów z drugiej ręki. Są to bawełniane poszewki , poduszki , inlety i inne obrusy , którym dałam drugie życie i to jakie!


Postanowiłam nie generować kosztów i nie kupować do mojej pierwszej takiej ogromniej pracy nowych tkanin na allegro i w innych miejscach , tylko uszyć z tego co mam w domu. To był najlepszy pomysł , a że uwielbiam biel , błękity i inne niebieskości , to powstał taki oto patchwork. Prawdziwy , szyty ręcznie , na maszynie oczywiście. Wymiary to : długość 206 cm i szerokość 126 cm.


Na początku przygotowałam sobie kwadraty o bokach 21 cm , a było ich 60 , po 6 z każdego materiału. Kroiłam dokładnie 2 h , a że materiały były różnej gramatury , szło mi czasem łatwiej , czasem trudniej. Koniec końców wszystkie i tak były podobne , więc nie miałam obaw i przystąpiłam do zszywania kawałków. Robiłam to według określonego schematu , by identyczne materiały nigdy się nie spotkały. Zszywałam zatem po 10 kwadratów w jeden 2 m pas , a potem w kolejnym rzędzie opuszczałam pierwsze dwa kolory , by dodać je na końcu. Taki schemat sobie wymyśliłam i udało się. Kiedy miałam już 6 długich pasów , to zabrałam się za rozprasowywanie szwów i zszycie wszystkiego razem. Zajęło mi to kolejne 3h.


Później umyłam dokładnie podłogę w mojej pracowni i na podłodze zkanapkowałam patchwork przy pomocy igły , nitki i ściegu o nazwie fastryga. Brzmi strasznie , ale to była super zabawa. Za spód posłużyła mi stara poszewka atłasowa ze wzorem konwalii.( poszewka jest cała w kolorze bieli z wrabianym wzorem bukiecików konwalii ). A po między prawą i lewą stroną kołderki ułożyłam ocieplinę o gramaturze 100. Tylko taką dostałam w moim bławatnym sklepie.


Szycie i kanapkowanie tak wielkiej płachty zajęło mi aż 2 h i zmęczyłam się ogromnie , ale jaki miałam przy tym ubaw , to tylko ja wiem. W mojej pracowni panował jednak nadal porządek , gdyż taka praca , jest bardzo czyściutka i nie wymaga wielu sprzętów. Troszkę nici , nożyczki i igła.
Kiedy już wszystko było przygotowane do szycia , obleciał mnie strach i wiele wątpliwości. Jak to wszystko zmieści się pod moją maszyną. Wiedziałam jedno , zaczynam pikowanie od środka , więc boki zwinęłam w rulony i przytrzymałam je opaskami do włosów moich córek , by się nie rozkręcały. Polak potrafi ! Spełniło to doskonale swoją rolę. Na początku miałam pomysł , by pikować według fantazyjnego wzoru , ale gdy wycięłam już szablon , to opamiętałam się w porę i nie narobiłam sobie niepotrzebnego prucia. Postanowiłam przeszywać wszystko w poprzek kwadratów i teraz wydaje mi się , że to był najlepszy mój ruch. Szycie zajęło mi kolejne 3 h. A tak cieszyłam się z efektu pracy , że zaraz rozłożyłam sobie kołderkę na moim bieluśkim łóżku i podziwiałam do wieczora , choć nie miała jeszcze wykończenia po bokach i ocieplina wystawała z każdej strony.


Myślę , że pikowanie kwadratów w poprzek idealnie pasuje jak na pierwszy raz i wyszło super , co możecie zobaczyć na fotce poniżej . Nie malowałam sobie kresek na materiale , szyłam na oko i o dziwo , wyszło równiuteńko. To zasługa dokładnego zszywania wszystkich kwadratów i oczywiście mojej wprawnej ręki. Jak pomyślę sobie , co było na początku mojego szycia , to myślę , że nie dałabym rady. Trzeba troszkę się wyrobić w tym temacie , by uszyć sobie coś takiego. Przynajmniej ja musiałam poćwiczyć na mniejszych rzeczach.


Kiedy patchwork dostał ode mnie brzegi , co trwało też ok 2 h , to mogłam już go obfotografować w pełnej gotowości. Wygląda przepięknie , i choć się troszkę chwalę , to pasuje i na biały wiklinowy fotel i na metalowe łóżko i na chłodne zimowe wieczory i na opalanie na trawie i wszystkim się w domu bardzo spodobał. Mężowi , gdy zniknęło kupa materiałów , córkom by powylegiwać się na nim i pod nim i mnie do mojej pracowni .
To nie ostatni patchwork , który wyszedł z pod mojej igły dzięki wskazówkom Renaty z bloga  www.alizee-domalizee.blogspot.com , której serdecznie dziękuję za pomoc w realizacji tego projektu.  Renato możesz być ze mnie dumna!
Jestem jeszcze początkującą patchworkerką , ale służę pomocą i radą w tym temacie.
Joanna
 

poniedziałek, 13 maja 2013

W GAŁĘZIACH KWITNĄCEJ CZEREŚNI

 

Witajcie!

To najpiękniejszy czas , gdy wszystko kwitnie i zieleni się młodymi kolorami. Dziś pokażę wam co kreatywnego działo się w moim domu , bo widzę , że post o tamborku nie cieszył się waszym uznaniem. Tak , tak rozumiem , wszyscy chcą zobaczyć coś nowego , robótkowego , a nie jakieś moje fotki. Proszę bardzo , do mojego SAMPLERA dołączyły nowe literki. J jak Joanna , jak Ja , mój inicjał.

 
Znów zaskoczenie , gdyż J jest całkiem inne niż M i S , które już pokazywałam. Popatrzcie dopiero na R kolejny mój inicjał , tym razem od pierwszej litery nazwiska. Już po woli odsłania się cały obraz tego haftu. Każda z liter nie dość , że jest diametralnie różna , to jeszcze ma swój własny rozmiar.
 

Len przepięknie pozował na tle błękitnego nieba i bieli kwitnącej czereśni w moim ogrodzie. Nie mogłam się powstrzymać , by nie pokazać wam mojego lnianego haftu w tej wiosennej odsłonie. Wreszcie jest pięknie i choć czasem przepaduje deszcz , to można wreszcie wyjść z fotkami na łono natury.


Nawet słonko podziwiało mój lniany sampler i wejrzało przez gałązki na chwilkę. Co powiedziało ? A no to , że chcąc coś dokończyć , nie można zajmować się w kółko siedzeniem w sieci , bo czas umyka między palcami , a palce chcą coś robić , działać , tworzyć , a nie wciąż stukać w klawisze.
Posłucham zatem i zaraz znikam do tamborka. Całe dzisiejsze przedpołudnie szyłam na maszynie i choć nie miałam niczego nowego zaczynać , to stało się i już.
Joanna



środa, 8 maja 2013

KULT TAMBORKA I KLAMERKI


Witajcie!
Dziś pokażę wam moje stylizacje na spotkanie hafciarsko - babskie. To tylko przykład , ale w czasie mojej foto weny powstało kilka fajnych fotek. Kwiaty niestety nietrwałe , ale do wieczora miałam na co popatrzeć. Porozkładałam się w mojej pracowni i podziwiałam , podziwiałam .....


W tych zdjęciach zawarte jest dużo z klimatów które uwielbiam. Len na którym praca wre , lecz jeszcze nic nie widać. Stworzony z myślą o takich osobach jak ja , lubiących przebywać i otaczać się wszystkim co natura nam dała.


Piękne surowe drewno klamerek , zwykłych spinaczy do bielizny , aż chciałoby się napisać , że tylko suszenia bawełnianej białej lub lnianej sukienki kołyszącej się na lekkim wietrze . Niestety czasy mamy takie jakie mamy i 100% lnu , czy bawełny to rzadkość , a i moda inna. Kto jednak się tym przejmuje. Mam całą szafę bawełnianych bluzeczek , które czekają na lato.


Wreszcie mały tamborek. Już troszkę zabejcowany powietrzem i mijającym czasem. Jego kolor różni się znacznie od surowości klamerek , spracowany trochę. To na nim najchętniej wyszywam. Jest malutki , ok 11 cm średnicy , ale nie zamienię go na nic większego. Cały sęk tkwi w jego niskiej wadze. Kiedyś używałam różnych rozmiarów , ale bolały mnie ręce od dźwigania " drewna " więc teraz wolę kilkanaście razy go przekładać i tak się nie męczyć , bo przecież len też swoją wagę ma. Częściej napinany materiał , też ma swoje zalety , haft się nie ściąga i po wypraniu równiutko układa się cała praca.
Polecam wam wszystkim wyszywającym taką zmianę , a na pewno odczujecie różnicę.
                                                                            Joanna

Muszę jeszcze dodać na zakończenie , że na tym lnie wyszywam 2 nitkami muliny , pytała mnie o to pewna Ela , która zakupiła len i nie " widziała krzyżyków " , postanowiła jednak zacząć i wówczas odkryła , że nitki same tworzą odpowiednie dziurki i robótka zaczęła przynosić sukcesy. Tak to bywa z lnem , trzeba go troszkę poznać. Brawo Ela za odwagę.!



wtorek, 30 kwietnia 2013

ZADZIWIAJĄCO RÓŻNE STYLE



Witajcie!

Zaraz zacznie się szał WIELKIEJ MAJÓWKI i kto żyw ucieknie z miasta na łono natury , a kto mieszka na wsi spotka miejskich turystów i może nawiążą się nowe przyjaźnie . Ja też zmykam , gdzieś dalej i mam zamiar oderwać się nieco od rzeczywistości , ale zanim to zrobię , to pokażę jeszcze moje literki dwie.


 Mogę się pochwalić? Pewnie , że to zrobię! Jak ślicznie na zdjęciach prezentuje się mój ulubiony kłębuszek białej muliny. Obecnie nie mam pojęcia , gdzie można takie cacko kupić. A tak mi żal , gdy z roku na rok i z miesiąca na miesiąc mój zapas się kurczy. Oczywiście mogę sobie zakupić białe pasemka , ale nie ma to jak kłębek. Jaka jest jego historia też do końca nie wiem , po prostu opanowała mnie amnezja nitkowa i nic nie pamiętam. Ani skąd , ani jak , ani nawet gdzie go znalazłam.


I już pojawia się pierwsza z liter , czyli M. M jak miłość , jak monogram i jak mglisty . Haft wykonuję na moim ukochanym polskim lnie , aby powstał cały wzór potrzebuję sporo tego materiału. Mam jednak zapas , więc działam w wolnych chwilach bardzo .... mozolnie.


Skoro M już gotowe , to musi koniecznie powstać S . S jak szczęście , jak słodycz , jak sen. Na razie tylko nić ułożyła się w tą fikuśną literkę , a to zapowiedź dalszego ciągu. W kilka chwil do delikatnego , roślinnego M dołączyło S , całkiem w innym stylu troszkę gotyckim i zupełnie niepasujące do M. M i S czyli Mglisty Sen. To czysty przypadek , że skurat te litery leżą blisko siebie.


Co z tego wyniknie i jak potoczą się losy kolejnych liter ? Mam nadzieję , że będzie to wielkie zaskoczenie dla miłośników SAMPLERÓW , szczególnie tych wyszywanych na lnie. Pochwalę się , że choć czasu mało , to kolejne literki powstają w żółwim tempie.
Haft zaczynam zawsze od środka , wyjątkiem był próbnik nici DMC , który pokazałam na mojej torbie. Wiem wówczas , że zawsze umieszczę go symetrycznie na materiale i nic mi nie zabraknie.
Lecę zatem pakować tobołki i w drogę. Mam zabrać haft ze sobą ? Czy wystarczy mi czasu na wyszywanie , pomimo wielu atrakcji? To się okaże!
Radości i przyjemności na WIELKIEJ POLSKIEJ MAJÓWCE 2013.



Tu widać dokładnie M glisty S en i jakoś nic do siebie nie pasuje , co będzie , co to będzie ?????

Joanna